reklama
kategoria: Wydarzenia
25 styczeń 2026

Poszkodowani i bliscy ofiar 20 lat po katastrofie hali MTK: to zmieniło nasze życie na zawsze

zdjęcie: Poszkodowani i bliscy ofiar 20 lat po katastrofie hali MTK: to zmieniło nasze życie na zawsze / Katowice, 29.01.06.
Mieszkancy Śląska zapalają znicze i  kładą kwiaty pod bramą MTK , gdzie 28 bm. doszło do zawalenia jednej z hal. W wyniku katastrofy zginęło 66 osób, ponad 140 zostało rannych. (kp)
PAP/Piotr Polak
Katowice, 29.01.06. Mieszkancy Śląska zapalają znicze i kładą kwiaty pod bramą MTK , gdzie 28 bm. doszło do zawalenia jednej z hal. W wyniku katastrofy zginęło 66 osób, ponad 140 zostało rannych. (kp) PAP/Piotr Polak
Mimo upływu lat poszkodowani w katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich (MTK) i bliscy ofiar doskonale pamiętają tamte wydarzenia. Większość z nich w rozmowach z PAP podkreślała, że to tragedia, która na zawsze zmieniła ich życie i rana, która nigdy do końca się nie zabliźni.
REKLAMA

W najbliższą środę minie 20. rocznica katastrofy hali MTK, w której zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. W sobotę, 28 stycznia 2006 r. w pawilonie nr 1 - największym na terenie MTK - odbywała się ogólnopolska wystawa gołębi pocztowych. Dach hali zawalił się ok. godz. 17.15. Zalegała na nim gruba warstwa śniegu i lodu.

Na kilka dni przed rocznicą PAP rozmawiała z niektórymi poszkodowanymi i bliskimi ofiar.

ZBIGNIEW WEŁMIŃSKI: ŻYJĘ PO RAZ TRZECI

Zbigniew Wełmiński to prawdopodobnie ostatnia żywa osoba wydobyta z rumowiska. Pod grubą warstwą stali i śniegu spędził ponad pięć godzin, przetrwał w 30-centymetrowej luce pomiędzy zawaloną konstrukcją a podłożem. Walący się dach uszkodził mu kręgosłup i wyrwał nogę ze stawu biodrowego. I tak miał więcej szczęścia niż jego dwaj koledzy – Węgier i Belg. Obaj zginęli na miejscu.

Belgijska firma, w której wtedy pracował, sprzedawała karmę dla zwierząt, miała stoisko w środkowej części hali, największej na terenie MTK. Do pawilonu pan Zbigniew wszedł dziesięć-kilkanaście minut przed katastrofą. - Bardzo spieszyłem się, żeby zdążyć na te targi z Krakowa. No i zdążyłem... - opowiadał.

Jak pamięta, dach runął w ułamku sekundy, odruchowo rzucił się na podłogę, jakby skakał do wody. Został przygnieciony olbrzymią belką. Po chwili zrobiło się całkowicie ciemno i cicho. - Dopiero po pewnym czasie odezwały się jakieś głosy. Jakaś pani powiedziała: „Ludzie, ja nie mam nóg”. Horror – opowiada. Leżąc pod dachem zdołał dodzwonić się do żony, przyjechała na miejsce wraz z synem.

Pytany, czy wierzył, że zostanie uratowany, Wełmiński nie jest w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. - Było bardzo zimno, nie wiem, jakim cudem przeżyłem ubrany tylko w letnią marynarkę i półbuty – podkreślił. W pamięci ma ratownika, który się do niego dogrzebał przez rumowisko i przez wąski otwór złapał go za rękę. - Wszystko się osuwało i powiedziałem mu, żeby tę rękę zabrał, bo mu ją za chwilę obetnie. Odpowiedział, że będzie mnie za nią trzymał do końca. To mnie bardzo zmobilizowało. Myślałem, że głupio byłoby, bo człowiek tak fajnie sobie umiera, a z drugiej strony szkoda tego chłopa. Ci ratownicy to byli niewiarygodnie fantastyczni ludzie – podkreślił.

Poza ratownikami jest wdzięczny lekarzom, którzy podczas długiego leczenia przywrócili go do sprawności. Ma natomiast pretensje do państwa, które - jak ocenił – w sprawach odszkodowawczych „bardzo gorliwie” broniło pieniędzy i nie poczuwało się do odpowiedzialności, mimo że teren, na którym stała hala, należał do Skarbu Państwa.

- 20 lat to dużo czasu, a czas wszystko zaciera, leczy. Ja samej katastrofy nie rozpamiętuję, bo to jałowe. W międzyczasie miałem udar, więc można powiedzieć, że żyję po raz trzeci – podsumował Zbigniew Wełmiński.

ALEKSANDER MALCHER: CAŁY ŚWIAT NAM SIĘ ZAWALIŁ

Aleksander Malcher w katastrofie stracił dwóch braci - Andrzeja i Zbigniewa, jeden z nich miał 51, a drugi 37 lat i podobnie jak Aleksander pracował w prywatnym pogotowiu ratunkowym w Pszczynie. Pan Aleksander wiedział, że bracia 28 stycznia wybierają się do MTK, sami byli hodowcami gołębi, to była ich pasja. O tym, że doszło do katastrofy, dowiedział się z paska w telewizji. Zaczął dzwonić do braci, ale żaden z nich nie odbierał. Niedługo później odebrał natomiast telefon z pracy, że trzeba wyjeżdżać do akcji ratunkowej w MTK.

Malcher do tej pory ma bardzo wyraźne wspomnienia z akcji ratowniczej. - Z zewnątrz wyglądało, jakby nic się nie stało. Dopiero, kiedy wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły. Sterta żelastwa na ziemi, lodu, śniegu, ludzie zaplątani w zawalonej konstrukcji. Straszny obraz, nie da się tego wymazać – podkreślił. Był skupiony na ratowaniu poszkodowanych. Liczył, że bracia przeżyli, być może też pomagają w akcji. O ich śmierci dowiedział się później.

Podkreślił, że mimo upływu czasu rana po katastrofie wciąż jest niezabliźniona. - Wydaje mi się, jakby to było kilka miesięcy temu. Dopiero, kiedy człowiek przychodzi na cmentarz i patrzy na daty na nagrobkach, zdaje sobie sprawę, że upłynęło już tyle lat. Nieraz chce się do moich braci zadzwonić, wtedy zdaję sobie sprawę, że ich już nie ma, ale jest to wciąż uczucie mało realne - wskazał.

Pochodzący z Góry pod Pszczyną Aleksander Malcher wychował się w rodzinie, w której było dwanaścioro rodzeństwa – pięciu braci i siedem sióstr, z wszystkimi czuł się bardzo związany. - Dwóch braci odeszło, najstarszy i najmłodszy, i cały świat nam się zawalił. Do dziś nie możemy się pozbierać. Z drugiej strony człowiek musi dawać radę, nie ma innego wyjścia – opowiadał w rozmowie z PAP.

Również on czuje się zawiedziony tym, jak rodziny ofiar zostały potraktowane przez państwo w sprawie zadośćuczynień. - To była największa katastrofa budowlana w historii Polski i nie potrafiliśmy stanąć na wysokości zadania, w przypadku innej katastrofy jakoś się dało. Mam odczucie, że w tym samym państwie są równi i równiejsi, ludzie różnych kategorii. Odczuwam niesmak – skwitował.

MIECZYSŁAW ROPELEWSKI: TEJ TRAUMY NIKT NIE ZABIERZE

Mieczysław Ropelewski, który stracił pod gruzami aż pięć osób z najbliższej rodziny - żonę, córkę, wnuka, zięcia i pasierba, na kilka dni przed rocznicą proszony o rozmowę na temat katastrofy odpowiada nie bardzo może rozmawiać, bo właśnie stracił syna. - Opowiem tylko tyle, że udało mi się dobrze wychować wnuki. Wnuczka jest po magisterce z dietetyki, wnuk jest w Londynie, jest stewardem na liniach brytyjskich, też studia skończył. Udało mi się ich wyprowadzić na prostą, chociaż tej traumy nikt im niestety nie zabierze – podkreślił.

ZDZISŁAW KAROŃ: NIE CHCĘ, BY INNI MUSIELI TO PRZEŻYWAĆ

Zdzisław Karoń, wieloletni działacz Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, podkreślił, że katastrofa całkowicie zmieniła jego życie – wcześniej bardzo aktywny, po wypadku wskutek obrażeń kręgosłupa był sparaliżowany, przez pewien czas poruszał się na wózku inwalidzkim, a potem o kulach. Traumę po katastrofie przeżywa do dziś i niechętnie wraca do tych wydarzeń. Z drugiej strony uważa, że powinno się o tym mówić. - Żeby ludzie widzieli, co może człowiek człowiekowi zgotować na tej ziemi przez swoją niewiedzę, przez swoje zaniedbania. Nie chciałbym, żeby coś takiego się powtórzyło, żeby inni musieli przeżywać to, co ja przeżywałem – zaznaczył.

Również on do dziś dobrze pamięta moment katastrofy. Na początku była olbrzymia panika, pisk, hałas, krzyki; kiedy odwrócił głowę, zauważył „składający się” dach. Próbował uciekać, ale podmuch upadającej konstrukcji rzucił go na podłogę, chwilę później od stóp do ramion jak walec przygniotła go stalowa konstrukcja. Na jego telefon dzwonili bliscy i znajomi, ale nie był w stanie się ruszyć. Czuł dotkliwy ból. Otuchy dodawał mu kolega, który z nim rozmawiał i prosił, by nie zasypiał i zaczekał na ratowników.

Nie jest pewien, ale prawdopodobnie na pewien czas stracił przytomność, pamięta natomiast, jak był wyciągany z gruzowiska na desce ratowniczej. Ratownicy uwolnili go, używając pił i poduszek pneumatycznych, w głowie ma wciąż towarzyszące temu dźwięki. - Poczułem ulgę, że podnieśli tę konstrukcję i mnie stamtąd wydostaną – powiedział. Wydawało mu się, że pod zawalonym dachem leżał pół godziny, ale gdy później sprawdził połączenia telefoniczne, okazało się, że były to dwie godziny.

W karetce czuł trudny do zniesienia ból kręgosłupa. Dziwi się, że dopiero po przewiezieniu do szpitala zrobiło mu się strasznie zimno, wcześniej tego nie odczuwał. - Tuż po katastrofie była ogromna radość życia, byłem szczęśliwy, że żyję. Potem górę wzięły ból i niemoc – wspomina. Obok dolegliwości fizycznych pojawiły się inne problemy – reagował panicznie, gdy ktoś w telewizji puścił film, w którym pojawiały się wystrzały, bał się jeździć samochodem. Później, kiedy chodził do lekarzy, a ci pytali, co właściwie mu się stało, nie był w stanie odpowiedzieć. Do dzisiaj reaguje na nagłe, głośne dźwięki, nie może oglądać obrazów z wszelkich wypadków czy nawet opowieści o nich.

- Nawet po 20 latach w człowieku siedzi to wszystko. Wystarczy iskierka, by wszystko wybuchło na nowo – powiedział i dodał, że najważniejsze dla niego było znalezienie sobie zajęcia, które odciąga go od myśli o katastrofie. Jak podkreślił, dobrym „lekarstwem” jest też rodzina. W marcu 2006 r., niedługo po katastrofie, urodziła mu się druga wnuczka. - Przeżyłem dlatego, żeby móc ją widzieć i cieszyć nią – zaznaczył. Dziś ta wnuczka ma już 20 lat, później Zdzisław Karoń doczekał się też trojga prawnuków. Po katastrofie przeprowadził się z Częstochowy do pobliskiego Olsztyna. Założył małą, przydomową winnicę. - Trzeba żyć do przodu, muszę się jakoś odnajdywać i przystosowywać do tego, co jest i nie narzekać – podsumował Zdzisław Karoń.

Krzysztof Konopka (PAP)

kon/ agzi/



Polska, Katowice

PRZECZYTAJ JESZCZE
Zamieszczone na stronach internetowych portali działających w grupie Twoje-Miasto materiały sygnowane skrótem „PAP” objęte są ochroną polskiego i międzynarodowego prawa własności intelektualnej. Jakiekolwiek wykorzystanie tych materiałów, w tym w celu eksploracji tekstów i danych, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dotyczącymi dozwolonego użytku osobistego, jest zabronione.
reklama

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Polsce